Bo Misiones to nie tylko praca ;)))
by Ola on mar.05, 2011, under Ola
W niedzielę wczesnym rankiem opuściłyśmy nasz hostelik w Misiones żeby udać się w podróż.. Pierwotnie przyszedł czas na PUERTO IGUAZU.. miasteczko na samym skraju Argentyny, przy granicy z Brazylią i Paragwajem.. po rozlokowaniu sie w klimatycznym hostelu PETER PAN wybraliśmy się do Parku Narodowego, podziwiać największy i najpiękniejszy wodospad świata, Cataratas Iguazu..
W tym miejscu naprawdę zapierało dech w piersiach, wstyd się przyznać, ale z wrażenia zaszkliły mi się ślepia i gęsia skórka oblała całe ciało.. kuuurcze, nie sądziłam, że może to na mnie wywrzeć takie wrażenie.. do tego pogodę mieliśmy wyśmienitą, więc czegóż chcieć więcej
))
i tu proszę.,. spotkalismy Polaków! tzn parkę turystów z Polski, ale po cichutku przemknęłyśmy obok nich z Anią, starając się nie dać nikomu do zrozumienia że my też Polki
na trasie spotkać można było masę zwierzątek, od przepięknie kolorowych motylków, poprzez małpki, jaszczurki i coś dziwnego
idzie sobie człowiek spokojnie ulicą,a tu proszę
Wodospad robi niesamowite wrażenie i przyspaża mnóstwa emocji, gdyż można go ‘poznawać’ niemalże na własnej skórze, zwłaszcza przechodząc wąskim podestem niedaleko wodospadu nad rzeką, sięgającym aż po jego odległy kraniec. Podest, od czasu do czasu, zmywa woda, gwałtownie przybierająca w rzece. Z bliska zaś naprawdę można odczuć potęgę wód grzmiących w przepaści..
Słowem: REWELACJA!
Kolejnego dnia przyszedł czas na wycieczkę do Paragwaju. Miasteczko CIUDAD DEL ESTE (Miasto wschodu) jest drugim pod względem wielkości miastem w tym państwie i zdecydowanie najbardziej rozwiniętym handlowo. Paragwaj to kraj biedny i brudny, co niestety było widać na każdym kroku.. nie powiem, robiło to wrażenie, no ale pewien niesmak pozostał.. poniekąd może wynikało to z faktu, że panował w mieście niesamowity ukrok i duchota, temperatura powietrza przekraczała 35 stopni, wilgotność olbrzymia.. można się było rozpłynąć..
Generalnie Ciudad del Este to mekka przemytników sprzętu elektronicznego do Brazylii, gdyż w Paragwaju zazwyczaj wszystk ojest tańsze. Rozwinął się tutaj znacznie czarny rynek elektorniczny, człowiek na kazdym kroku jest atakowany przez sprzedających róże sprzęty po ‘okazyjnej’ cenie..
Popołudiu natomiast wraz z Anią wybrałyśmy się zwiedzić największą na świecie tamę Itaipu Binacional, na granicy z Brazylią, która jest sponsorowana, budowana i utrzymywana przez obie strony. Tama ta dosratcza 80% zapotrzebowania Paragwaju na energię i tym samym czyni Paragwaj największym na świecie producentem hydroenergii..
Kolejne dwa dni spędziliśmy w SAN IGNACIO, miasteczku w północnej Argentynie, które było dawniej siedzibą misjonarzy. Mogłysmy w nim obejrzeć ruiny, które pozostały po misjach oraz show nocne, które naprawdę robiło wrażenie.. była to gra światła i dźwięku przeplatana przez ruiny
ciekawe widowisko, no nie powiem
Ostatniego już dnia z koleżanką Andreą wybrałyśmy się na wycieczkę rowerową przez dżunglę argentyńską
sprzęt wypożyczyłyśmy w miejskim punkcie informacji turystycznej i dalej w drogę.. było to łącznie niewiele ponad 18 km, ale można było się zmęczyć.. temperatura powietrza przekraczała 30 stopni, droga bardzo często wiodła stromo pod górę, była to prawdziwie crossowa wyprawa
po drodze panowie strażnicy w parku poczęstowali nas zimną wodą, więc w ogóle pełen wypas
wdałyśmy się z nimi w ciekawą rozmowę i ogólnie super.. generalnie na każdym kroku ludzie nas zaczepiali, ale w taki bardzo pozytywny sposób i rozmawiali z nami.,. dowiedziałyśmy się również, że w pobłiżu znajduje się polska wioska, w której posiadają nawet kościół Matki Boskiej Częstochowskiej wraz z Cudownym Obrazem
po tym wsiadłyśmy z Anią do naszego cudownego pociągu, który zaś na starcie miał opóźnienie.. podróż przebiegała nawet nie tragicznie, ale pechowo trafiłyśmy na lekko rozwalone siedzenie, które było niewygodne! aaa! w naszym wagonie dominowali ludzie młodzi, jak my podróżnicy, z którymi troszku sobie porozmawialiśmy
na jednej ze stacji kupiłyśmy nawet empanadaski od ludzi oferujących jedzonko dla podróżującyh.. cena rewelacyjna,m smak niezły, obyło się bez wszelkich rewolucji żołądkowych po tym.. zatem.. wypas!
no ale żeby nie było zbyt kolorowo.. zepsuła nas się lokomotywa i zmusiło nas to do 4-godzinnego postoju na dziwnej stacji, gdzie totalnie nic nie było.. zaskakujący był spokój Argentyńczyków, którzy przyjęli tą wiadomość ze stoickim spokojem, wyciągnęli matge, gitarki, sprzęt to żąglowani i już była fiesta
nie wyobrażam sobie czegoś podonego w Polsce
generalnie.. planowo powinnyśmy zajechać do domu o 6 rano, dzięki tym wszystkim opóźnieniom dokonałyśmy tego o godz 16.. tak czy siak była to kolejna 45,5 – godzinna podróż…
))
teraz regenerujemy siły w Buenos i przygotowujemy się do kolejnej wyprawy, która nastąpi już w poniedziałek
Wolontariat w sercu argentyńskiej dżungli – PERUTI
by Ola on mar.05, 2011, under Ola
W końcu nadeszło coś, na co czekałysmy z Anią od tygodnia.. we wtorek rano wsiadłyśmy do pociągu „Gran Capitan” i udałyśmy się w podróż do POSADAS, w prowincji Misiones, na północno – wschodnim skrawku Argentyny.. podróż tp ponad 1000 km, łącznie 44 godziny do celu..
oczywiście zaczęło się już z poślizgiem, wyjechaliśmy z blisko dwugodzinnym opóźnieniem
no ale spoko, naszym głównym ekwipunkiem był chlebek razowy i słoik dżemu truskawkowego (mamusiu, dobrze widzisz! jadłam dżem.. bleee).. i tym razem smakował on wyśmienicie
cały pociąg był mega, a ludzie przygotowani do podróży masakrycznie.. całą drogę coś jedli, skubali i pili mate rzecz jasna…
krajobraz po drodze.. momentami wydawało się być jak na polskiej ziemi, z tym, że duuużo więcej krów i koni
im bardziej na północ tym gleba stawała się bardziej czerwona, a mijani po drodze ludzie wydawali się być ubożsi.. z czasem okazało się, że drogi nie są już asfaltowe, ludzie chodzą bez butów, mają ciemniejszą karnację, byliśmy już wśród Indian…
do naszego hostelu w Montecarlo dorarłyśmy blisko o 5 nad ranem, nie obyło się bez przebojów, ale w końcu.. i tu niespodzianka.. pani z obsługi mówiła do nas po niemiecku.. my do niej po hiszpańsku a ona dalej swoje
no ale.. szybki prysznic w zimnej wodzie i do spania!
w południe obudziła nas burza tropikalna, która jak się okazało pojawiała się tutaj codziennie przez ostatnie 15 dni.. w końcu dojechała reszta ekipy, zjedliśmy obiad i wyruszyliśmy do naszego celu..
Peruti, tak nazywa się nasza wioska w prawdziwym środku argentyńskiej dżungli.. widoki przerażające, bo zawsze miałam wrażenie, że takie warunki to jednak głównie w Afryce.. oto koljena rzecz, która mnie zaskoczyła na naszej drodze.. ludzie mieszkający w lepiankach, nie noszący butów, mający swój własny język, co prawda bardzo prymitywny język, ale zawsze.. Bacia konderera Ola – ‘mam na imię Ola’
kurcze, witali nas tam jak jakieś bożyszcze.. Lili i jej ekipa – wiwatowali po drodze, machając do nas i biegnąc za busem
naszym obozowiskiem była wiejska szkoła, która na czas przyjazdu LIFE zmieniała lekko przeznaczenie.. generalnie Lili wraz z wolonbtariuszami pojawia się tutaj co miesiąc na 3 dni od 8 lat.. przywozi się ubrania (uprzednio zbierane w Buenos), rozdaje jedzenie i niezbędne do życia rzeczy..
jeśli chodzi o mieszkańców.. wszystko jest niezwykłe.. kobieta, która niejako koordynuje nasz przyjazd ze strony plemienia to Rosalia, ma 29 lat i już jest babcią od 2,5-roku.. zatem została babcią w wieku 26 lat! niestety, taka tu jest rzeczywistość i Rosalia nie jest żadnym fenomenem..
wyjątkowa natomiast okazała się być inna poznana nam kobieta.. mająca lat 19 i nie posiadająca jeszcze żadnego dziecka! ludzie generalnie żyją bez ślubu, zaledwie dwie pary we wsi mają ślub, z czego jedna ma tylko 2 dzieci, co również jest tu fenomenem.. średni wiek matek to 14 lat.. dzieciaki były mega zaskoczone, że mamy z Anią po 22 lata i nie mamy jeszcze gromadki dzieci czekających na nas w Polsce..
generalnie czas upływał nam na zabawach z dziećmi.. są one naprawdę zupełnie inne niż te z Buenos.. są takie niewinne, głodne, ale zawsze wesołe i skore do zabaw i tulenia się.. one potrzebowały naszego ciepła jak mało kto.. niesamowite uczucie, kiedy widzieliśmy uśmiech na ich twarzach..
skakali z nami na skakance, chodzi na spacer po dżungli, wygłupiali się, byli szczęśliwi, bo ktoś wykazał wobec nich zainteresowanie.. naprawdę kochane dzieciaczki..
chodziliśmy z nimi po wode do strumienia, gotowaliśmy dla nich, malowali paznokcie malutkim dziewczyneczkom i czesali je.. było to naprawdę smutne widząc jak zaniedbane są te dzieci, ale wydawały się być szczęśliwe..
to zupełnie inny świat, nie mieszczący się w żadnych kategoriach tego, co znamy…
wieczory spędzaliśmy w naszym hostelu w Montecarlo na wspólnych posiłkach (Lili uczyła mnie i Anię gotować, bo kobita robi to wyśmienicie).. zatem co wieczór przygotowywałyśmy z Anią coś ciepłego do jedzenia dla wszystkich, chwilkę się portozmawiało i zaś spać żeby raniutko wstać znów do naszej dżungli…
Peruti.. niezwykłe przeżycia, cudowne miejsce, niesamowity czas.. tutaj człowiek ma świadomość, że robi coś naprawdę dobrego, jednak niestety.. te kilka dni w miesiącu, Lili i garstka ludzi jej pomagająca nie są w stanie zmienić niczego.. żeby chociaż cokolwiek drgnęłó.. to już 8 lat a nie widać żadnej poprawy.. mentalność tych ludzi jest naprawdę trudna.. ale może w końcu któregoś dnia uda się kogoś ocalić, chociaż jedną malutką istotkę z tego plemienia..
już za nimi tęsknię, a zwłaszcza za moją ukochaną szaloną rodzinką.. wszyscy w wieku 11 – 13 lat.. Gabriela, Lucas, Gustavo, Lazaro.. te dzieciaki sprawiły nam tyle radości.. jedyne co mogliśmy im dać to odrobina ciepła i zainteresowania.. gdybym mogła powtórzyłabym to z pewnością..
Ukulturalnianie się ;))
by Ola on lut.22, 2011, under Ola
Od jakiegoś czasu wieczory upływają nam na grze w kości, która dosyć mocno nas wchłonęła.. ponadto nadal pracujemy w biurze (na szczęście widać koniec i zmianę totalną
), chodzimy na spacery odkrywając zakątki okolicy, kawkujemy w Starbucksie i dobrze się bawimy
)
w ostatni czwartek miała miejsce niezwykłe zabawna historia, którą chciałabym przytoczyć jako anegdotę.. dla niewtajemniczonych.. moje imię Ola po hiszpańsku oznacza ‘cześć’ i nierzadko mam z tym śmieszne sytuacje.. ale do sedna: poszliśmy na kawę we trójkę.. pierwszy zamawiał nasz kolega z Estonii.. jego imię to ALO
już przy jego imieniu kelnerzy mieli niezły ubaw, po nim moja kolej – OLA.. barmani sikali ze śmiechu, a gdy podeszła Ania zapytali ją czy przypadkiem nie ma na imię CIAO (po hiszpańsku ‘pa’)
:D
W weekend poddałyśmy się procesowi ukulturalniania. Sobotni poranek spędziliśmy najpierw na pewnym cmentarzu, który odrobinę przypominał Recoletę, ale było w nim coś innego, niezgłębionego przez turystów…
następnie naszym celem było Muzeum Architektury (które okazało się być zamknięte)..
oraz nowoczesna galerii sztuki Palace de glacias
później w przypływie dobrego humorku zrobiłam na obiadek dla wszystkick racuszki z jabłkami, z których jestem bardzo dumna – wyszły praktycznie jak w domku
)
wieczorem natomiast wybraliśmy się na tango show.. było to niesamowite, darmowe widowisko na scenie ustawionej na środku największej (albo raczej najszerszej) ulicy na świecie, Av. 9 de Julio
takie rzeczy mogą się zdarzyć tylko w Buenos.. tysiące ludzi, oczywiście miejsca siedzące, na scenie światowej sławy gwiazdy, tancerze, muzycy, wokaliści i promocja tanga w kazdym wydaniu
niesamowite emocje i ta pozytywna moc, która wydzielała się na widowni.. cudownie!
Co by niedziela nie była gorsza, wybrałyśmy się do Muzeum Narodowego Sztuk Pięknych oraz na shopping w poszukiwaniu pamiątek i souvenirów dla Was, kochani
tłuuumy wiły się po wąskich uliczkach San Telmo, a sprzedający.. totalnie wyluzowani, pozytywni i uśmiechnięci Argentyńczycy, popijający mate i zagadujący sympatycznie do przechodniów
później spacerek na Plaza del Mayo i wędrówka w kierunku domu
a przy niedzieli pozwoliśmy sobie z Anią na obiadek na mieście, skusiłyśmy się na suuuper pizzę
Nooo.. i tyle.. wspomnę tylko, że nowy tydzień zaczął się smutno, bo nasza współlokatorka Sue opuściła nas i wróciła do domu.. jest to naprawdę niesamowita kobieta i zdecydowanie będzie nam jej brakować.. no ale taka kolej rzeczy…
Pooozdrawiam!
Czas płynie nieubłaganie..
by Ola on lut.22, 2011, under Ola
Dopiero co spędzaliśmy intensywny weekend z Marzeną, a już przyszedł czas na kolejny, nie mniej owocny
)
w sobotnie popołudnie wybraliśmy się z naszą współlokatorką brytyjską na FERIA DE MATADEROS…
po ponad 1,5-godzinnej podróży miejskim autobusem (którego bilecik kosztuje niemalże 1PLN) dotarliśmy na miejsce.. była to impreza podsumowyjąca kończące się lato, bardzo typowa dla porteńos..
wszyscy mówią, że podczas takiej imprezy można poznać klimat Argentyńczyków.. jeśli tak rzeczywiście jest to śmiało mogę powiedzieć, że kocham ten kraj! nie tylko boskie Buenos, ale całą Argentynę
wróciliśmy w nocy do domu, po zakupach kolczykowych, tańcach i wygłupach przy straganach.. no i oczywiście nie mogło zabraknąć tego wieczoru przepysznych lodów z pobliskiej lodziarni, gdzie jesteśmy już stałymi klientami
)
zapomniałam dodać, że w drodze powrotnej zostałam zaatakowana przez młodziutkich Argentyńczyków i spryskana pianką.. śmiechowo było, ale spierniczać trza było co sił w nogach
Niedziela również aktywna.. wybrałyśmy się z Anią na Plaza Cerrano, gdzie w niedzielę odbywa się targowisko, na którym można spotkać lokalne wyroby i różne takie duperelki
)) Ania kupiła sobie prześliczną sukienkę
później wybrałyśmy się na stadion River Plate, który od początku pobytu zajmował jedno z czołowych miejsc do odwiedzenia.. muszę przyznać, że jestem lekko rozczarowana atmosferą wokół stadionu.. zero sklepików, straganów, kibiców.. jakoś tak dziwnie.. ale za to dzielnica sama w sobie robiła niemałe wrażenie
)
wieczorem tradycyjnie FIESTA w naszym parku, bez którego niedziela nie może być spełniona
ale wcześniej poznawałyśmy inne parki w mieście, które z pewnością są urocze, ale brak im tej magii, którą obdarza nas nasz park na Recolecie..
początek tygodnia tradycyjnie, ostro pracowicie.. praktycznie nie wychodziłyśmy z Anią z biura, spędzając w nim po 12-14 godzin, ale opłacało się, powoli widać postępy i co ważniejsze.. koniec naszych zmagań z finansową zagadką organizacji
dla odstresowania w środę wzięłyśmy udział w wydarzeniu, na które chrapkę miałyśmy od samego przyjazdu.. a mianowicie impreza urodzinowa dzieci w slumsach
LIFE (czyli nasza organizacja, bo chyba nie wspominałam, że tak się właśnie nazywamy) przygotowała torty + upominki dla dzieci, które akurat w tym miesiącu mają urodziny (taka impreza odbywa się 1 w miesiącu w środę w kolejnych ośrodkach do których jeżdzimy.. jest to tak przemyślane, żeby żadne dziecko nie zostało pominięte)..
miałyśmy z Anią tą przyjemność, że mogłyśmy własnoręcznie udekorować torty! ja zajęłam się tym dla chłopców (z niebieskimi świeczkami), Ania szykowała cudo dla dziewczynek..
po odśpiewaniu cumpleańos feliz pokroiłam torty, co nie było prostym wyzwaniem widząc tłum dzieci, którym ślinka ciekła na widok smakowicie wyglądającej słodkości
później z dziećmi pobawiliśmy się chwilę i powrócili do biura.. a my tradycyjnie do naszych papierków.. był to niesamowicie przyjemny przerywnik
Nowa polityka.. 3 x „O”
by Ola on lut.11, 2011, under Ola
Środa.. po powrocie z Urugwaju pani Marzena zagadała gdzie trzeba i dzięki niej zyskaliśmy kolejny dzień wolnego
) od rana wybralismy się więc na podbój Chinatown (a raczej Barrio Chino), pełne restauracyjek i sklepików z mega tanią tandetą
oczywiście w tych sklepach można było znaleźć naprawdę wszyyyystko
)) ceny odbiegały znacznie od tych widocznych w innych częściach miasta.. było śmiesznie, wesoło i towarzystko
Kończąc naszą wyprawę po mieście nie mogło się obejść bez przejażdżki mega starą linią metra.. wszystko tam wyglądało wyjątkowo, stacje końcowe linii A, wagoniki, wszyyyystko było niezwykłe..
A swoją drogą.. nazwy stacji metra mają przesuper
))
Jedna z nich brzmi nawet jak nasz przyszły destination, więc nie omieszkałyśmy z Anią sfotografować się z tabliczką
No ale.. wszystko co dobre szybko się kończy.. mianowicie popołudniu pani Marzena znów zabrała nas na wypasiony obiad, po którym tradycyjnie nie mieliśmy siły wstać z krzeseł.. całe szczęście, że był to nasz ostatni obiad, bo w przeciwnym razie do Polski pewnie powrócilibyśmy w rozmiarze XXL..
po naszych kolejnych damskich przemyśleniach wprowadziłyśmy nową politykę.. tzw. 3 x „O”: odchudzanie, oszczędzanie i opalanie
) od teraz to nasza dewiza, a od jutra.. dieta pomidorowa
Z ciekawostek muszę ujawnić coś jeszcze.. odwiedziłyśmy z dziewczynami supermercado w celu przygotowania wieczornej imprezy pożegnalnej pani Marzeny i co odkryłyśmy? mają tu niezwyyykle tanią wódkę (co niestety nie jest pozytywnym dla nas odkryciem
), a mianowicie.. 1litr BOLSA kosztuje 15 PLN.. możecie to sobie wyobrazić? masakra jakaś
musimy do tego jakoś przywyknąć i żyć dalej
btw.. nie liczcie, że przywiozę na pamiątkę z Buenos wódkę BOLS
ale to tylko tak btw… ;p
aaaa, i co jeszcze? próbuję przyzwyczaić się do mate… mega ciężko mi to idzie, ale są postępy
pozdrawiam i do następnego razu!
))
Podbijając kontynent -> URUGWAJ…
by Ola on lut.11, 2011, under Ola
8 luty.. doskonały czas na pierwszą zagraniczą wyprawę (i pierwsze pieczątki w moim nowym paszporcie).. wraz z panią Marzeną zdecydowaliśmy się na podróż do Urugwaju, a konkretnie malowniczego 17-wiecznego miasteczka, Colonia del Sacramento
nasza podróż rozpoczęła się o 6.30 rano taxówką na wybrzeże.. tam stateczek (a raczej rozsypująca się łajba, która próbowała wszystkich wykończyć podróżą) zabrał nas na drugą stronę La Platy..
Colonia del Sacramento to urocze i bardzo fotogeniczne miasteczko (w słoneczny dzień) wpisane jako jedyny obiekt w Urugwaju na listę dziedzictwa UNESCO. Jest to zupełnie inny świat, życie tutaj toczy się wolniej i spokojniej niż w szalonym Buenos.
Colonia została załozona przez Portugalczyków w 1680 roku. Hstoria miasta jest widoczna na brukowanych uliczkach, wzdłuż których ciągnie się stara zabudowa z kamienia. Niektóre domy zostały otynkowane i pomalowane na pastelowe kolory, a większość z nich skrywa albo urocze knajpki albo galerie rękodzieła, sklepy z wyrobami ze skóry, pamiątkami i naczynami do przygotowania mate. Na ulicach można spotkać wielu ludzi taszczących pod pachą termos z gorącą wodą, a w ręce zdobny kubek-zaparzacz do mate oraz metalową rurkę bombillę, przez którą sączą ten gorzkawy napój.
Miasto zdecydowanie ma swój klimat, pełno jest starych samochodów, klimatycznych uliczek..
z naszych kobiecych spostrzeżeń.. jest tu zdecydowanie mniej przystojnych mężczyzn niż w boskim Buenos
no ale i tak narzekać nie można
Po całodziennym zwiedzaniu (najpierw w towarzystwie pani przewodnik, później samotnie spacerując), wieczorem wsiedliśmy na naszą łajbę i wróciliśmy do domu, do naszego Buenos.. zmęczeni podróżą i głodni odwiedziliśmy uroczą knajpkę, gdzie zjedliśmy wypasioną kolację.. miejsce okazało się niezwykle urocze, jedzenie przepyszne, ceny akceptowalne, a obsługa.. palce lizać
) z pewnością wrócimy tu jeszcze!
))
Polskie odwiedziny…
by Ola on lut.11, 2011, under Ola
Czwartek tutaj rządzi się podobnymi prawami jak i w Polsce, zatem: czas na imprezę
) bawiłyśmy się z Anią naprawdę przednio, aż smutno było opuszczać lokal nad ranem, ale jakoś zaczęło nam „brakować przestrzeni do życia” więc sobie poszłyśmy |:P
rano przyjechał do nas gość z Polski
Pani Marzena z organizacji, która nas wysłała
) kurcze od samego początku jej przyjazd był niesamowity
mieliśmy trochę szkoleń, spotkań informacyjnych, ale również mnóstwo frajdy i rozrywek
)
w sobotę z dziewczynami i naszym gościem wybrałyśmy się na przejażdżkę Bus Turistic, aby poznać w końcu nasze miasto i jego główne zabytki.. co ważne za naszą wycieczkę zapłaciła organizacja, więc tym bardziej nam się podobało
)
wieczorem natomiast tradycyjnie udaliśmy się do naszego parku na małe piwko
) tak sobie z Anią stwierdziłyśmy, że jest to zdecydowanie nasze najulubieńsze miejsce w całym mieście.. ten park jest po prostu nasz..
niedziela.. spacerowo i nadal turystycznie
z Anią i gościem wybrałyśmy się na podbój dwóch dzielnic – Puerto Madero i La Boca.. nasz spacer był lekko nieprzemyślany z mojej strony i zrajało mnie słoneczko.. no ale przeżyję
)
jak widać La Boca to zdecydowanie najbardziej malownicza dzielnica Buenos Aires, jeśli nie całej Argentyny.. poczuć można tutaj prawdizwy klimat, ale niestety.. bolączką dzielnicy jest tłum turystów
ciekawostką jest usytułowanie stadionu Boca Juniors w samym centrum dzielnicy….
wieczorem.. czywiście PARK.. jak w każdą niedzielę również dziś miał miejsce koncert zespołu lokalnego.. wypas na maksa! jak zawsze ludki z mate, jointami bujający się rytmicznie..
poniedziałek niestety spędziłyśmy mocno pracowicie.. bo nie wspominałam, ale w ostatnim czasie zmienił się mi i Ani zakres obowiązków w organizacji.. prowadzimy księgowość firmy, a ewentualnie w czasie wolnym możemy jeździć do slumsów do dzieci, czyli niestety nie częśsciej niż raz w tygodniu.. zatem poniedziałek.. siedziałyśmy z Anią przy komputerze od godz 9 rano z przerwą obiadową do 1 w nocy.. niestety mamy tu sporo pracy, ale jakoś bardzo narzekać nie możemy
))
wszak fajnie jest robić coś poważnego i odpowiedzialnego…
argentyńskie zwyczaje :)))
by Ola on lut.03, 2011, under Ola
Bo życie tutaj przbiera zdecydowanie inne kolory niż w naszej części globu.. wszystko jest takie niesamowite, inne, magiczne
))
co ciekawe, dotychczas usłyszałam, że jestem z Argentyny, Urugwaju, jak i podczas wczorajszej nocy – z Brazylii
) czyż to nie cudowne, że tak dobrze udało mi się wtopić w tłum?
co do zwyczajów.. jak wiadomo Argentyna to stolica TANGA
) w naszych tygodniowych zajęciach nie mogło rzecz jasna zabraknąć zajęć z tanga argentyńskiego
)
fakt, niektóre kroki są mi znane z zajęć z Andrzejkiem, ale jest tu meeeega
do tego wypasiona instruktora i jedziemy!
















































































































