No i stało się -> APAP w Barcelonie :)
by Ola on cze.27, 2010, under Ola
Przede wszystkim: dziękuję mojej kochanej Andzi za przesłanie płytki ze zdjęciami z ich pobytu w Barcelonie
w związku z tym, w wątku: Goście z Niemiec – part II można znaleźć kilka zdjęć uwieczniających owe spotkanie
a tymczasem z aktualności…
W sumie przylot Ani pozwolił nam jakoś znów poczuć nasze kochane miasto.. zwiedzanie z nią naprawdę duuuużo nam uświadomiło.. już tęsknimy.. no bez kitu..
W czwartek 17 czerwca zrobiło mi się jeszcze smutniej.. popołudniu odwiedziła mnie Ksenia, przywożąc zapasy jedzenia, które pozostały jej i Adasiowi.. dostałam między innymi pierożki ruskie, niach niach niach! zdecydowanie nie umrę już z głodu do końca mojego tu pobytu
ale kuuuuuurde, jakie to smutne.. bo oznacza, że i Kseńka powoli wyjeżdża.. moja bratnia dusza powoli mnie opuszcza, zostawia mnie samą w tym wieeeelkim mieście.,. masakra!
Tego samego wieczoru późnym wieczorem. świętowaliśmy w Barcelonie urodziny Ayse
była to mini – imprezka, a może nawet i nie imprezka
no ale o czym chcę wspomnieć to nasz powrót do domu autobusem nocnym.. była tam grupka osób mniej więcej w moim wieku.. byli totalnie pijani i na dodatek naćpani.. na autostradzie był korek i praktycznie staliśmy w miejscu (z powodu robót drogowych – nocnych).. i nagle zachciało im się siku.. więc co zrobili? przy wszystkich ludziach w autobusie.. chłopak nasikał do butelki po coca – coli.. a później dziewczyna.. nie szło jej zbytnio, więc odcięła szyjkę od butelki i tam nasikała.. później ich koleżanka przewróciła butelkę i cały autobus został polany sikami.. to było okroooopne! takie rzeczy to chyba tylko w Barcelonie zdarzyć się mogą ;/
W piątek natomiast miałam ostatni egzamin.. było strasznie ciężko.. 3 godziny pisania, 18 stron.. naprawdę mega! ale jestem optymistą
wieczór spędziłam z Apapem i Ksenią na obżarstwie i oglądaniu przy piwku głupich filmików
)
W sobotę odwiedziłyśmy z Apapem (tradycyjnie!) Montjuik
i Muzeum Sportów Olimpijskich.. coś, czego jeszcze nie widziałam
muszę przyznać, że zrobiło to na mnie nie lada wrażenie
później miał miejsce pokaz fontanny multimedialnej i wypad do pubu z pozostałymi Erasmusami
Muzeum zrobiło na mnie taaaakie wrażenie, że teraz wszystkim go zachwalam i namawiam na wizytę
no bo naprawdę warto!
A w niedzielę.. WYBORY PREZYDENCKIE
oczywiście spełniłam swój obowiązek obywatelski i udałam się do Konsulatu w celu oddania swojego jakże cennego głosu. Ku mojemu zaskoczeniu stałam w niemałej kolejce, która prawdopodobnie utrzymywała się przez większą część dnia
nikt tutaj nie spodziewał się aż takiej frekwencji:) zatem jestem dumna z Polaków i ich świadomości obywatelskiej
Pierwsze pożegnanie + wyciskamy Barcelonę jak pomarańczę..
by Ola on cze.27, 2010, under Ola
Nowy tydzień rozpoczął się baaardzo smutno.. w poniedziałek miała miejsce impreza pożegnalna Adasia.. drań! jak śmie tak szybko wyjeżdżać!
Było niesamowicie, trochę smutno, nostalgicznie, wspominaliśmy nasze początki i momenty, kiedy się poznawaliśmy..
Pojawili się wszyscy, z którymi trzymaliśmy sztamę od początku tego Erasmusa.. stwierdziłyśmy z Ksenią, jakby świat poza nami nie istniał.. jakby zawsze istniała tylko ta ekipa i nikt więcej.. jakby na UAB nie było więcej Erasmusów, ani w ogóle nikogo nie było
Spotkanie w Ovella Negra zakończyło się grabieżą – wynieśliśmy kilka kufli na pamiątkę
ot, co!
Kolejne dni mijały naukowo i nostalgicznie.. w środę raniutko wyleciał Adaś.. na jego miejsce na 11 dni przyleciał do mnie APAP
wraz z nią i Kseńką zwiedzałyśmy miasto.. było to dla nas niezwykle uczucie.. miałyśmy z Ksenią wrażenie, że coś mega powoli się kończy, że niebawem dopadnie nas polska rzeczywistość.. jak pięknie określiła Ksenia:
wyciskałyśmy Barcelonę jak pomarańczę..
taka prawda.. śmigając po ulicach miałyśmy wrażenie, że niebawem (a dla Kseńki już za parę dni!) to wszystko pozostanie tylko wspomnieniem.. i właśnie doceniłyśmy w sposób niewiarygodny wyjątkowość tego miasta.. łezka kręci się w oku.. co prawda dla mnie niby jeszcze trochę czasu pozostało, ale bez tych wszystkich ludzi to już nie będzie to samo..
1500km, Pireneje i Atlantyk.. zdecydowanie pozytywny weekend :)
by Ola on cze.27, 2010, under Ola
Zaraz po drugim podejściu z catala, wraz z Eli i moimi chłopcami wyruszyliśmy w podróż do Bordeaux
podróż była naprawdę dłuuuga, ale za to Pireneje - widoki zapierające dech w piersiach.
Chciałoby się powiedzieć, że chyba się zakochałam, ale nie – w swej miłości na zawszę pozostanę wierna polskim Tatrom, do których mi taaak tęskno. A Pireneje.. nie da się ukryć.. jest wyjątkowo, klimatycznie, tak zielono, bosko.. po prostu górsko
Bordeuax.. miasto pozytywne rzekłabym
w wielu momentach przypominało mi Wrocław.. zwłaszcza podczas spaceru wzdłuż rzeki.. kurcze, było to niesamowite, gdyż poczułam się jak w domu i zatęskniło się za Wrocławiem..
A z ciekawostek dotyczących samego miasta.. na każdym kroku spotkać można figurki krów, pomalowane w przeróżniste barwy
nie do końca rozumiem tego ideę, ale muszę przyznać, że wygląda to zabawnie i niezwykle sympatycznie:
Sobotę spędziliśmy nad Oceanem Atlantyckim, w miejscowości Arcachon. Ponadto wdrapaliśmy się na największą wydmę w Europie, o wysokości 117m
wspinając się po tym piachu, kojarzyło mi się to z majowym zdobywaniem Doliny Pięciu Stawów
)
no cóż.. Ocean.. porywające fale, ciepła woda, jednak jak dla mnie sprawiająca zupełnie inne wrażenie niż morze.. tak jakby wołała o większy respekt
Męczący, ale wspaniały weekend
)) a po więcej zdjęć zapraszam na:
http://picasaweb.google.com/ola.skowronska/2010_06_1113Bordeaux#
W Barcelonie również SESJA zaskoczyła studentów..
by Ola on cze.27, 2010, under Ola
Wyjazd Mateusza pozostał w cieniu aktualnych wydarzeń.. mianowicie SESJA… brzmi złowrogo dla studentów na całym świecie, niezależnie czy przychodzi stawić jej czoła we Wrocławiu, na rodzimej uczelni, czy też w odległej Barcelonie..
1 czerwca.. i jak tu świętować Dzień Dziecka, kiedy przychodzi nam stawić czoła pierwszemu egzaminowi? JĘZYK KATALOŃSKI.. kurcze, po tym egzaminie miałyśmy z Ksenią wrażenie, że chyba sale pomyliłyśmy, gdyż poziom egzaminu był mega wysoki – zwłaszcza zadanie ze słuchu o orangutanach w barcelońskim zoo ;/ nie da się ukryć, że po czymś takim lekkawa depresja nas tu wszystkich ogarnęła.. następnego dnia miałam egzamin ustny wraz z Clarą, poszło nam zdecydowanie lepiej niż część pisemna
teraz nie pozostało nic innego jak czekać na wyniki i zakuwać do kolejnych egzaminów..
W międzyczasie, aby umilić sobie w jakiś sposób owe święto dzieci, kupiłam sobie bilet powrotny do Polski na 28 lipca
zatem Kochani, strzeżcie się!
)
3 czerwca odwiedziłam Ksenię na specjalne zaproszenie, aczkolwiek najazd „dentystów” z Polski zaowocował kilkoma kilogramami PIEROGÓW RUSKICH! mniaaaaami! nie pamiętam kiedy ostatnio aż tak smakowały mi pierogi
Weekend upływał głównie naukowo i lekkawo zamulaście.. jedynym pozytywem w tym czasie był piątkowy botellon Makisa.. dla niewtajemniczonych: była to całonocna popijawa na plaży w celu świętowania urodzin naszego cypryjskiego kolegi
)
Kolejny tydzień to kolejny egzamin.. JĘZYK HISZPAŃSKI.. nie powiem, znów do najłatwiejszych on nie należał.. no ale wyniki okazały się tym razem dla mnie łaskawe
a jeśli chodzi o catalana.. okazało się, że nie zaliczyłam i w przeciągu kilku dni miałam poprawkę właśnie z części rozumienia ze słuchu.. oczywiście była to bardzo zawiła przygoda, gdyż trzeba było napisać odwołanie i w ogóle.. no ale grunt, że zaliczone
) zatem kursy językowe – DO PRZODU
10 czerwca miało miejsce zmasowane natarcie na Museo de Chocolate
połączone było ono z degustacją różnego rodzaju czekolad.. na zimno i na ciepło, miliony rodzajów.. połączone to było z wykładem o pochodzeniu, rodzajach i produkcji czekolady
naprawdę super odprężenie w sesyjnym czasie
Zasłodkowałam się na amen, nie wiem kiedy znów sięgnę po czekoladowy przysmak
no ale wystawa w muzeum – pierwsza klasa! szok, jak wiele można uczynić z czekolady
Jak „miesiąc miodowy”
by Ola on cze.02, 2010, under Ola
Tydzień czasu z moim mężczyzną.. to to, czego potrzebowałam do pełni szczęścia.. co prawda wolałabym Go tutaj na stałe, ale nie ma co narzekać
spędzaliśmy ze sobą niemalże każdą możliwą chwilę, było kłótliwie, alei niesamowicie romantycznie
W poniedziałek w szkole wolne – z powodu Zielonych Świątek, które w Hiszpanii zwane są Segunda Pascua, co w języku polskim oznacza Drugą Wielkanoc.. była to świetna okazja dla nas aby pobyczyć się troszku na plaży.. wybraliśmy na dziś Ocatę
słoneczko mocno przygrzewało.. i przygrzało troszku za mocno główkę mojego mężczyzny ;p
wieczorem znów zrobiliśmy fajną kolację, wykorzystując mięsko, które pozostało z sobotniego grilowania
Wtorek.. niestety cały dzień musiałam spędzić na uczelni, ale w domu spotkała mnie nie lada niespodzianka.. kiedy przyszłam na przerwę obiadową, mój mężczyzna przywitał mnie z pięęęęęknym bukietem kwiatów
było to mega, zwłaszcza jak opowiedział jakie miał trudności z ich kupnem
Korzystając z uroków mieszkania na południu Europy, a tym samym upajając się gorącem, naszym głównym posiłkiem stała się mega wypasiona sałatka owocowa, która składa się aż z siedmiu składników
i pomyśleć, że w pewnym momencie Mateusz zaczął wybierać właśnie ją w przeciwieństwie do schłodzonej sangrii
Kolejne dni mijały nam wspólnie na zwiedzaniu miasta i delektowaniu się sobą
wieczory spędzaliśmy z erasmusowymi ludkami w Barcelonie w Summum, a przez pozostałe godziny Mateusz poznawał piękno miasta
W sobotę chcieliśmy zrobić coś nowego, coś, czego i ja dotychczas nie robiłam
wybraliśmy się więc do Parku Labiryntu, nie ukrywam, że samo do niego dotarcie było dla nas nie lada labiryntem, zwłaszcza, że wybraliśmy się tam bez mapy
ostatecznie było ok, ale Park nie zrobił na nas zbyt wielkiego wrażenia. Wiele jego części było zamkniętych i wyłączonych ze zwiedzania.. no ale i tak było fajnie
I szybko tak nastała niedziela.. czas minął niepostrzeżenie.. ale wiadomo, wszystko co dobre, szybko się kończy.. jednak zobaczymy się „niebawem” w Polsce
Mateusz pojechał, a ja wzięłam się do pracy, gdyż semestr się tu u nas już zakończył, ale kursy językowe wciąż trwają i w nadchodzącym tygodniu zaczynają się egzaminy.. na pierwszy ogień idzie: JĘZYK KATALOŃSKI…
kolejny pracowity tydzień
by Ola on cze.02, 2010, under Ola
I rozpoczął się kolejny ciężki tydzień.. z jednej strony przytłacza mnie ogrom pracy, a z drugiej nie mogę się skupić myśląc o moim nadchodzącym gościu
w poniedziałek na Creació mieliśmy kolejną konferencję i ostateczne ustalenia z prowadzącym o zaliczeniu przedmiotu..
Financial Market Analysis.. Babeczka dała nam dodatkowe 2 zadania na dodatkowe punkty.. zrobiłam jedno i się poddałam, ale Ayse, przesympatyczna koleżanka z Turcji powiedziała, że się na to nie zgadza i udostępniła mi swoją część drugiego zadania.. ponadto prowadząca sprezentowała nam dodatkowe 24 godziny na oddanie zadania więc skorzystałam z oferty.. o godz. 20.20 w środę Misha zawiózł mnie na uczelnie.. byłam 3o minut przed czasem! ha! jestem mega
W środę ponadto odbierałam gości koleżanki z lotniska i musiałam zapakować ich do autobusu do Zaragossy
nie powiem, fajnie było
i co więcej: kupiłam bikini
chyba pierwsze w moim życiu
pani w sklepie miała ze mnie niezły ubaw, gdy poprosiłam ją o pomoc w doborze tłumacząc, że nigdy w życiu nie kupowałam bikini.. spojrzała na mnie z politowaniem i moje wytłumaczenie, że jestem z Polski wszystko jej oddało
A czwartek.. w Barcelonie to również studencki dzień, zatem w towarzystwie kompanów, na których zawsze można liczyć, wybrałam się do Summum
)
W sobotę natomiast, na miłe zakończenie ciężkiego tygodnie mieliśmy grila! taaaak! prawdziwe grilowanie
było niesamowicie
było nas w sumie 10 osób, ale muszę przyznać, że szaszłyki przygotowane przez Mishę wymiotły
Do tego możliwość poznania nowych ludzi – to było coś
po kilku godzinach opalania się na polanie i obżerania się mięskiem, wróciliśmy do domku
A niedziela była czasem odpoczynku.. spotkałam się na plaży z Martą i jej gośćmi, którzy przyjechali z Zaragossy na zwiedzanie Barcelony
te kilka godzin z nimi na plaży okazało się niemałym krokiem ku mojemu brązowieniu się
a później, wieczorem, odebrałam mojego ukochanego z autobusu, który przyleciał do mnie na tydzień
no i znów świat staje się bardziej bueno
))
pierwsze myśli o sesji
by Ola on cze.02, 2010, under Ola
Od poniedziałku dużo pracy.. na katalońskim musiałam oddać wypracowanie, na Creació - konferencja i rozmowa z prowadzącym o sposobie zaliczenia (!).. popołudniu przygotowywałam prezentację na środę na kataloński o mojej rodzinie
żeby być niebanalna i oryginalna przedstawiłam swoją rodzinę w dwojaki sposób.. jako mama + tata + Jacek + Marek oraz jako rodzina stąd: Ksenia + Eli + Pasha + Misha.. (nauczycielka była zadowolona, generalnie mnie pochwaliła i otrzymałam aż 9 na 10 punktów
hehe) wieczór spędziłam z moimi super współlokatorami przy winku..
Cały tydzień upływał mi pracowicie.. a do tego świadomość, że we Wrocławiu właśnie trwa P.I.W.O, Wielkie Grilowanie i generalnie Juwenalia przyprawiały mnie o bóle głowy z zazdrości
tak się w ogóle jakoś właśnie okazało, że minęło już 3 miesiące odkąd tu jestem.. strasznie szybko ten czas leci..
W czwartek wybraliśmy się do pubów na lekkie śródtygodniowe odstresowanie
był to czas polsko – austriackiej przyjaźni
ponadto w tym samym czasie kupiłam bilet na wakacje w Andaluzji dla siebie i Apapa
Niedziela.. ostatni ligowy mecz.. FC Barcelona podejmuje u siebie Valladoid
mecz kończy się rozgromieniem rywali, a w całej Katalonii rozpoczyna się wieeeelka fiesta..
mecz oglądaliśmy tradycyjnie w Summum, po czym to udaliśmy się świętować z innymi mieszkańcami Barcelony do centrum miasta
ulice przepełnione były kibicami i ich niepohamowaną radością
cóż za emocje! Barca campeones! i piosenka:
olele olala
ser del barça es
el millor que hi ha
co się odwlecze to nie uciecze, czyli.. Robal w Barcelonie
by Ola on cze.02, 2010, under Ola
Tak właśnie.. wulkan krzyżował nam plany skutecznie, ale my się nie poddajemy i w taki oto sposób.. pierwszy tydzień maja gościł w Barcelonie Robala
no cóż.. muszę przyznać, że początki nie wyglądały zachęcająco – zimno, deszczowo i dosyć nerwowo, ale z czasem szło coraz lepiej
Robal odważnie od rana śmigał po mieście ze swoim Pentaxem i moim parasolem, przyodziany w kurtkę przeciwdeszczową. Ja w tym czasie zasuwałam do szkoły i starałam się nadrabiać kilkudniowe zaległości. No nie powiem, łatwo nie było..
Popołudnia spędzaliśmy razem w Barcelonie, delektując się tym, co w moim mniemaniu najpiękniejsze
W czwartek, 6 maja miała miejsce imprezka, tzw. pre-party w naszym mieszkaniu, po czym to poszliśmy podbijać lokalny klub Mundo Canibal..
przez ponad półtorej godziny błądziliśmy po mieście, po czym okazało się, że miejsce naszego przeznaczenia jest zaledwie 10 min drogi od naszego domu
słysząc wcześniej te wszystkie głosy zachwytu byliśmy lekko zażenowani tym, co zastaliśmy.. no ale kto chce, ten potrafi
my tam z Robalem pobawiliśmy się troszku, potańcowali i w ogóle
W piątek, z tej racji, że nie mam kursów językowych, mogłam od rana towarzyszyć Robalowi w zdobywaniu miasta
przez kilka godziny wylegiwaliśmy się na plaży Barcelonety, po czym udaliśmy się na Montjuik.. schodząc z góry mogliśmy zachwycać się fontanną multimedialną
faktycznie za każdym razem robi ona na mnie większe wrażenie
Sobota.. czas na domowy relaksik i plażowanie w miejscu, dla prawdziwych Katalończyków
plaża była czysta, mało ludzi, dużo słońca i wiatru
a wieczorem.. uroczysta kolacja pożegnalna
z Robalem przygotowaliśmy kurczaka z ryżem curry i warzywami, Eli zrobiła przepyszny sernik, Misha sałatki i przekąski
było naprawdę rewelacyjnie!
a w niedzielę rano Robal opuścił nasze progi i udał się w podróż do Polski
oczywiście nie bez stresu, gdyż w piątek i sobotę lotnisko w Gironie było zamknięte – znów przez islandzki wulkan, ale na nasze szczęście, otwarto je z powrotem w niedzielę rano.. ja zabrałam się za naukę, sprzątanie, pranie… czyli znów trzeba mi wracać do normalności..
Powiew Polski… :)
by Ola on maj.09, 2010, under Ola
Ja się wcale tak łatwo nie poddaję, więc gdy z powrotem otworzyli lotniska kupiłam kolejny bilet do domu
i w taki oto sposób 28 kwietnia przyleciałam do Polski
oczywiście, i tym razem nie mogło być bezproblemowo.. mój samolot miał spore opóźnienie.. przyleciałam na tyle zbyt późno, że dr P. nie mogła mnie już przeegzaminować, gdyż nie była w stanie zostać na uczelni.. więc 3-tygodniowe przygotowania by.. strzelił ;/
no ale.. spotkałam się z moim mężczyzną, wypiłam piwko w rynku z Kasztankami, byłam na imprezie z mieszaną ekipą ekonomiczno – informatyczną
czegóż więcej można chcieć do szczęścia?! no, może spotkania z Matikiem i Agą mi brakło, ale ponoć nie można mieć wszystkiego.. mam nadzieje, że moja niespodzianka przypadła Wam do gustu Kochani
weekend spędziłam z moim mężczyzną w Bolesławicach u rodziców
sobotnie przedpołudnie to to, co lubię najbardziej, czyli pierogowa manufaktura
popołudniu grill z całą rodzinką (jestem pod wrażeniem, że Mateusz to przetrwał
), a wieczorem spacerek z moją najlepsiejszą Psiapsiółą
w niedziele obiadek z rodzinką i czas wracać.. tak właśnie, czas wracać do mojego domu.. nowego domu…
)
dziękuję Wszystkim za ten powiew swojskości, za przyjazne uśmiechy i uściski
)) tego było mi trzeba…
a po przyjeździe czekała na mnie uczta, przygotowana przez Pashę, Mishę i Eli
na przywitanie wznieśliśmy toast i usłyszałam: Witaj w domu z powrotem… Dziękuję :*
Goście z Niemiec – part II :)
by Ola on maj.09, 2010, under Ola
24 kwietnia.. od rana wciąż ostro zasuwam, zadanka odrabiam, projekt męczę.. a wieczorem, żeby nie powiedzieć, że w nocy
przyjechała mooooja najukochańsza Anusia ze swoim mężczyzną Darkiem
chwilę poplotkowaliśmy i poszliśmy spać, co by nabrać sił na poranne spacerowanie..
Muszę przyznać, że trafili na super pogodę, więc od rana ruszyliśmy w miasto
Plan na dziś to La Rambla, Parc de la Ciutadela, Barceloneta, Muzeu Picasso.. naprawdę było gorrrrrąco
oczywiście najważniejszy punkt programu to wylegiwanie się na plaży.. i co się okazało ku naszemu wielkiemu zdziwieniu.. plaża w Barcelonie jest toples
Darek pewnie był w niebie
wieczór spędziliśmy z wszystkimi współlokatorami (nawet Katalończykiem!) siedząc na balkonie, delektując się nocnym chłodem i schłodzoną sangrią
rano Ania z Darkiem dalej ruszyli w miasto, a ja do szkoły.. jednak przy takich temperaturach siedzenie na zajęciach wcale nie jest łatwe ;p
wieczorem spotkałam się z moimi podróżnikami na Placa Catalunya, skąd pojechali w nocy na lotnisko, a ja z erasmusowcami wyszłam na drinka w Eschupitos
))







































































